W ostatnich tygodniach polscy użytkownicy kotłów na pellet przeżyli prawdziwy wstrząs. Paliwo, które przez lata promowane było jako stabilna i ekonomiczna alternatywa dla gazu czy węgla, nagle stało się towarem deficytowym. W niektórych regionach kraju ceny za tonę wystrzeliły w górę nawet o 900 zł w zaledwie dwa miesiące, co dla wielu gospodarstw domowych oznacza wydatki rzędu kilku tysięcy złotych więcej w skali sezonu.
Panika na składach czy efekt mrozu?
Nagłówki o „agresywnym wykupywaniu zapasów” i „pustych składach” zdominowały media społecznościowe. Rzeczywiście, wielu dystrybutorów zdecydowało się na czasowe limitowanie sprzedaży, aby zapewnić dostęp do opału jak najszerszej grupie odbiorców. Jednak eksperci uspokajają: to nie koniec świata, a efekt „zimy zaskakującej drogowców”. Silne mrozy zwiększyły zapotrzebowanie, co przy ograniczonej przepustowości produkcji w ekstremalnych temperaturach, doprowadziło do chwilowej zadyszki systemu.
Pellet nie zniknął z rynku
Mimo lokalnych niedoborów, łańcuchy dostaw pozostają nienaruszone. Eksperci branżowi podkreślają, że obecna sytuacja to klasyczny przykład sezonowości. Pellet jako paliwo produkowane lokalnie jest znacznie bardziej odporny na globalne zawirowania niż gaz, jednak nie jest całkowicie odporny na logistyczne wyzwania środka zimy.
„Sytuacje, w których poszczególne składy mają chwilowy brak paliwa, nie oznaczają pustki w całym systemie zaopatrzenia. To lokalne napięcia, które znamy od lat” – wskazują analitycy rynku.
Jak przetrwać wzrosty?
Kluczem do uniknięcia drastycznych podwyżek pozostaje planowanie. Pellet daje użytkownikom unikalną możliwość zmagazynowania opału w okresach letnich, gdy ceny są najniższe. Dzisiejsza lekcja jest bolesna dla tych, którzy zakupy odłożyli na ostatnią chwilę, ale w długim terminie pellet pozostaje bezpiecznym i przewidywalnym źródłem ciepła.
Źródło informacji: Izba Gospodarcza Urządzeń OZE i Polskiego Przemysłu







Napisz komentarz
Komentarze