Cały sekret tego spektakularnego przedsięwzięcia tkwi w geniuszu logistycznym burmistrza Mieczysława Sawaryna. Zamiast oddawać sprawę w ręce profesjonalnych firm, podjęto decyzję strategiczną: remont robiony jest tak zwanym systemem gospodarskim. A system gospodarczy ma to do siebie, że żyje własnym, niespiesznym rytmem – bez zbędnego pośpiechu, za to z nieograniczoną przestrzenią na artystyczną improwizację.
Zabytek z potencjałem na strychowe marzenia
Sama siedziba urzędu to nie byle jaki budynek – ma swoją bogatą historię, bo do 1945 roku mieściło się w nim niemieckie starostwo. Prawdziwy zabytek z duszą! Niestety, dusza ta ewidentnie męczy się w ciasnocie, podczas gdy tuż pod dachem kryje się gigantyczny, niewykorzystany strych. Aż się prosi, by go zaadaptować, urządzić tam biura i skupić urzędników pod jednym dachem.
Jednak po co inwestować we własne mury, skoro gospodarz miasta woli uszczęśliwiać lokalny rynek nieruchomości i wynajmować dla urzędu inne budynki w całym mieście? Petenci mają przynajmniej zagwarantowany darmowy spacer między placówkami, a budżet gminy – stały dopływ kosztów najmu. Logika ekonomiczna na najwyższym poziomie.
Brama, rogatki i twierdza burmistrza
Prawdziwym majstersztykiem gospodarskiego planowania okazało się jednak zaplecze budynku. Od tyłu urzędu urządzono śoistą prywatną twierdzę – strzeżony parking ze szlabanami i rogatkami, dedykowany rzecz jasna władzy. Ale czym byłby ekskluzywny parking bez odpowiedniej oprawy estetycznej?
Po kilkunastu latach od rozpoczęcia prac ktoś wreszcie doznał olśnienia: brama wjazdowa na ten reprezentacyjny parking miała niewłaściwy kolor! Decyzja mogła być tylko jedna – natychmiastowe pędzle w dłoń i pociągnięcie bramy nową warstwą farby, tak aby idealnie współgrała z elewacją. To nic, że przez kilkanaście lat nikt tego braku harmonii nie zauważył. Ważne, że w końcu problem rangi strategicznej został rozwiązany.
Elewacja schodzi, ale priorytety pozostają
Najzabawniejszy – choć dla podatników raczej gorzki – w tym wszystkim jest fakt, że podczas gdy wzniośle debatowano nad odcieniem bramy wjazdowej, sam budynek od strony wspomnianego parkingu zaczął zwyczajnie obierać się ze starej farby. Płaty tynku i farby odchodzą od ścian z gracją, tworząc malowniczy, nieco ruiniarski krajobraz.
Co z tego, że ściany budynku wyglądają jak po ciężkiej przejściowej burzy, skoro brama ma wreszcie właściwy odcień, a rogatki sprawnie odgradzają burmistrza od szarej rzeczywistości?
Gospodarność czy wieczna pętla czasowa?
Ten niekończący się maraton naprawczo-malarski już dawno przestał przypominać dbałość o mienie publiczne, a zaczął wyglądać na podręcznikowy przykład braku gospodarności. Malowanie bramy, podczas gdy z elewacji płatami odpada farba, a pusty strych kurzy się od dekad, najlepiej podsumowuje priorytety lokalnej władzy.
Mieszkańcom Gryfina pozostaje jedynie obserwować ten spektakl i kibicować kolejnym odsłonom serii. W końcu z taką koncepcją zarządzenia urząd nigdy się nie zestarzeje – zawsze będzie w trakcie remontu. A Pan Burmistrz co rano może z dumą spojrzeć w lustro i zadać sobie to kluczowe pytanie: „Co by tu jeszcze zmalować?”.


Napisz komentarz
Komentarze