Przepracowałem w Elektrowni Dolna Odra większą część mojego życia. Dla nas, ludzi z hal i nastawni, ZEDO nigdy nie było po prostu „zakładem pracy”. To było serce Gryfina – żywy organizm, który dawał chleb tysiącom rodzin i budował to miasto przez dekady. Dziś to serce przestaje bić, a my – ludzie, którzy oddali tu zdrowie – dostajemy w zamian cyniczne milczenie i kwitek z wypowiedzeniem.
Z dniem 1 września wygaszają dwa ostatnie bloki: 6 i 7. Kończy się pewna epoka. Na bruk trafi od 200 do 300 doświadczonych fachowców. Zostanie zaledwie 124 osób, z czego większość to ci, którzy dogorywają na urlopach energetycznych. Reszcie rzucono na stoły przysłowiowe „27 plus trzy” na otarcie łez i wskazano drzwi.
Spisek milczenia i gorzkie święto
Najbardziej boli styl, w jakim to zorganizowano. Wszystko odbyło się w bezwzględnej, gęstej ciszy. Góra potwornie bała się, że zdesperowani ludzie pójdą na masowe zwolnienia lekarskie (L4) i sparaliżują pracę na sam koniec, więc uknuto "spisek milczenia".
Nawet datę czystki wycyzelowano bezdusznie: zwolnienia ruszą tuż po Święcie Energetyka. Najpierw pewnie będą uściski dłoni, oficjalne laurki i pamiątkowe dyplomy za lata ciężkiej służby dla polskiego systemu elektroenergetycznego, a dzień później – wypowiedzenie do ręki. Trudno o większy cynizm ze strony kierownictwa.
Zaniechania, polityka i rola „doradcy”
A przecież wcale nie musiało tak być. Kiedy rządził PiS, istniała realna, technologiczna szansa na uratowanie ZEDO – wystarczyło przeprowadzić modernizację i przestawić elektrownię na współspalanie biomasy z węglem. Wtedy burmistrz Mieczysław Sawaryn zasiadał we władzach PGE. Miał wszelkie karty w dłoni oraz wpływy, by wywalczyć dla nas stabilną przyszłość. Co zrobiono? Zaniechano działań. Wybrano polityczną bierność i teatr na użytek lokalny.
Jednak największym rozczarowaniem była postawa związków zawodowych. Szefowie trzech głównych organizacji pracowniczych, zamiast stać murem za załogą i walczyć w Warszawie, czy w Bełchatowie, robili za potulnych petentów w UMiG. Chodzili do burmistrza po „porady”. Nawet odwiedzali sesje Rady Miejskiej,w Gryfinie odgrywali polityczne spektakle, zamiast twardo negocjować realną transformację. Burmistrz Sawaryn tak im „mądrze” doradzał, tak szedł na udry ze wszystkimi wokół (a zwlaszcza z wladzami), że doprowadził do absurdu: zakład, który mógł dymić i produkować prąd jeszcze latami, zostaje zaorany.
Rachunek zapłaci całe Gryfino
Obok co prawda powstały nowe bloki gazowo-parowe, ale to marna pociecha. Nowoczesna technologia wymaga zaledwie ułamka dawnej obsady – nowa inwestycja nie wchłonie setek zwalnianych ludzi.
Gryfino odczuje ten wstrząs z opóźnionym zapłonem. Może nie dziś, gdy ludzie mają jeszcze w kieszeniach odprawy, ale za 2–3 lata, gdy stopnieją oszczędności, a w gminnym budżecie zionąć będą dziury po utraconych podatkach dochodowych i CIT. Znikną pieniądze wydawane w lokalnych sklepach, punktach usługowych i na lokalnym rynku mieszkaniowym.
Jako pracownik jestem po prostu wściekły i rozczarowany. Burmistrz Mieczysław Sawaryn oraz bezwolne, dające się prowadzić na pasku związki zawodowe przejdą do historii tej ziemi w jeden konkretny sposób – jako prawdziwi grabarze Elektrowni Dolna Odra.


Napisz komentarz
Komentarze