– W żadnym wypadku nie chcemy się rozstawać w jakiejś niechęci, tak się po prostu ułożyło – powiedział dziś tuż po południu Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości. Wszyscy doskonale wiedzieli, co mają podpisać, a jednocześnie znali skutki niepodpisania deklaracji – podkreślił na konferencji prezes PiS.
Płuca przestają działać
W Prawie i Sprawiedliwości są już dziś nie dwa płuca, a pięcioro płuc. Jarosław Kaczyński uznał, że musi mieć wszystko pod ścisłą kontrolą. Mateusz Morawiecki miał jednak zupełnie inne plany. Wszystko zaczęło się od tego, jak prezes PiS ogłosił, że oficjalnym kandydatem na premiera jest Przemysław Czarnek, a nie Mateusz Morawiecki. W tym momencie stało się jasne, że PiS rozpadło się ze względów personalnych i ambicjonalnych, a nie z powodu sporu programowego. Wkrótce rozpocznie się prawdopodobnie postępowanie dyscyplinarne wobec trzydziestu kilku posłów.
Ultimatum Kaczyńskiego
Jarosław Kaczyński przygotował ultimatum, które miało definitywnie uporządkować sytuację w partii i wymusić pełną lojalność. Członkowie ugrupowania dostali twardy termin – do wczoraj do północy mogli podpisać deklarację rezygnacji z odrębnych inicjatyw. Skutki tej decyzji są widoczne już dziś: osoby, które odmówiły złożenia podpisu, postawiły się poza nawiasem formacji i wywołały natychmiastowe reakcje dyscyplinarne ze strony kierownictwa. Zamiast wyciszenia emocji, ultimatum przyspieszyło proces dzielenia partii.
Gęsta atmosfera w partii
W mediach społecznościowych członkowie PiS całkowicie puścili hamulce i publicznie się pokłócili. Dyskusje toczyły się na wyjątkowo ostrym poziomie, a dawni koledzy z klubowych ław nie szczędzili sobie inwektyw. Wprost padły określenia takie jak „śmieci” czy „zdrajcy”. Politycy zaczęli publicznie straszyć się procesami sądowymi o naruszenie dóbr osobistych, a z obu stron padają stanowcze żądania oficjalnych przeprosin. Wizerunek niegdyś karnej formacji legł w gruzach w atmosferze osobistych kłotni i otwartego skandalu.
Po co to było?
Prezes Jarosław Kaczyński chciał trzymać ugrupowanie mocną ręką i zachować pełną władzę nad partią. Z kolei Mateusz Morawiecki chciał wciąż realnie liczyć się w polityce, ale został odsunięty na margines. W tym starciu nikt nie chciał ustąpić – ktoś musiałby przecież się cofnąć i publicznie przyznać do porażki. Dziś w PiS nie ma już dobrego rozwiązania. Żadna ze stron nie chciała być postrzegana jako ta, która rozbija i niszczy partię, ale Kaczyński ostatecznie stwierdził, że nie chce tkwić w tym bagnie.
Chęć zachowania absolutnej kontroli z jednej strony i nierozliczone ambicje z drugiej doprowadziły do sytuacji, w której każdy ruch osłabia ugrupowanie, a ucieczka przed „bagnem” skończyła się przypieczętowaniem rozłamu.
Nowa siła, czy stara gwardia?
Mateusz Morawiecki ma stowarzyszenie o nazwie Rozwój Plus, z którego mimo nacisków kierownictwa nie chciał zrezygnować. Ta inicjatywa może stać się naturalnym zaczątkiem nowej partii politycznej lub odrębnego koła w parlamentarnych ławach. Taki scenariusz w polskiej polityce nie jest jednak niczym nowym.
Trzeba jednak pamiętać, że Mateusz Morawiecki niesie ze sobą potężny bagaż przeszłości. To on w oczach krytyków odpowiada za stan demokracji i praworządności z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy. To za jego kadencji poszczególne frakcje uwłaszczały się na pieniądzach podatników.
Przed byłym premierem wciąż stoją poważne rozliczenia. Koalicja rządząca zarzuca Morawieckiemu i jego otoczeniu m.in. niegospodarność przy zakupach z okresu pandemii (respiratory, maseczki), afery wokół wydatkowania środków z Funduszu Sprawiedliwości, inwigilację opozycji systemem Pegasus (choć to wydaje się było poza nim...), polityczne wykorzystywanie rezerw budżetowych oraz demontaż niezależnego sądownictwa. Nowa siła Morawieckiego będzie musiała mierzyć się z tymi zarzutami na każdym kroku


Napisz komentarz
Komentarze